Blog > Komentarze do wpisu

Michel Houellebecq "Mapa i terytorium"

Tłum. Beata Geppert, Wydawnictwo W.A.B. 2011

Recenzja podwójna

Dziś po raz kolejny proponujemy Wam dwa spojrzenia na książkę. Prezentujemy najnowszą powieść Michela Houellebecqa, która stanowi dobry punkt wyjścia do dyskusji o „ponowoczesności” – czy rzeczywiście istnieje? A jeśli tak, to czy rzeczywiście jest z nią tak źle? Zapraszamy do lektury i dyskusji.


Ona:

Mapa i terytoriumW ostatnich miesiącach o Michelu Houellebecqu oraz jego najnowszej książce „Mapa i terytorium” mówiło się bardzo dużo i to w samych superlatywach. Zwycięzca Nagrody Goncourtów (właśnie za „Mapę…”) był oczekiwanym gościem na krakowskich Targach Książki, a jego niespodziewana nieobecność stała się dodatkowym impulsem do kolejnych rozmów i artykułów dotyczących postaci samego pisarza. Mimo wszystkich pochlebnych recenzji wstrzymywałam się dość długo przed przeczytaniem najnowszej powieści autora „Cząstek elementarnych”. Za każdym razem bowiem, jak czytam o „miażdżącej krytyce świata ponowoczesnego” (a właśnie mniej więcej tak opisywana była owa powieść), obawiam się przeintelektualizowanego potoku słów, który nie dość, że nie nadaje się do czytania, to jeszcze absolutnie nic nie wnosi do dyskusji nad naszymi czasami.

Kiedy już zabrakło mi wymówek do dalszego opóźniania lektury, niechętnie otworzyłam książkę, żeby zobaczyć, „jak się będzie czytało”.  A czytało się, prawdę mówiąc, wybornie.

„Mapa i terytorium” to książka, która jest doskonale napisana pod względem, jeśli można tak powiedzieć, technicznym. Zdania są gładkie, melodyjne, ich czytanie to prawdziwa przyjemność. Z pewnością jest to duża zasługa tłumaczki (Beata Geppert), która dostosowała francuski oryginał do rytmiki polskiego języka. Za jedyne „potknięcie” mogłabym uznać wątek kryminalny, który został potraktowany trochę po macoszemu i na skróty. Z drugiej jednak strony, nie jest to, ani nie miał być, kryminał, więc takie „uchybienie” w żadnym wypadku nie działa dyskredytująco dla całego utworu.
Książka jest pełna autentycznych postaci, niestety, w większości rozpoznawalnych tylko przez Francuzów oraz osoby zainteresowane francuskim światem sztuki i mediów. Choć za każdym razem nazwiska opatrzone są odpowiednim przypisem, to jednak ciężko osobie niezorientowanej w tym środowisku dopatrzeć się subtelnych aluzji i nawiązań.

Co do samej fabuły, to ograniczę się tylko do tego, co można wyczytać na obwolucie i wszelkich dostępnych recenzjo-streszczeniach. Mianowicie, głównym bohaterem powieści jest Jed Martin, artysta, który z dnia na dzień odnosi wielki sukces finansowy. Poznaje Michela Houellbecqa (tak, tego Michela Houellbecqa), którego prosi o napisanie tekstu do następnego katalogu wystawy. Dużo ciekawsze niż sama fabuła, są jednak poruszane w książce problemy, z jakimi boryka się współczesny świat i jego mieszkańcy.

„Mapa…” to, między innymi, obraz kończącej się epoki dominacji europejskiej. Stary kontynent powoli przeistacza się w skansen, do którego przyjeżdżają na wakacje coraz to bogatsi mieszkańcy Chin, Japonii czy Rosji, traktując go jako pewną ciekawostkę, coś, co warto zobaczyć, coś, co jest modne. Podobnie zresztą jak jeszcze całkiem niedawno właśnie Europejczycy traktowali państwa azjatyckie. Europa liczy się jeszcze jako ojczyzna sztuki; nowoczesne dzieła osiągają zawrotne sumy, a posiadanie ich w prywatnych kolekcjach jest wyznacznikiem najwyższego statusu.

Z drugiej strony, Houellebecq przedstawia barwny opis Francuzów, którzy bronią się przed zmianami poprzez swoje małe rytuały, uwielbienie dla kuchni i wina, czy – jak w przypadku mieszkańców mniejszych miejscowości – wrogość i nieufność w stosunku do obcych. Autor wybiegając w przyszłość pokazuje francuską prowincję (w dzisiejszych czasach tak ściśle strzeżoną przed „obcymi”), jako zamieszkałą przez Azjatów, którzy starają się pielęgnować europejskie tradycje. Moim zdaniem, jest to jak najbardziej realna wizja przyszłości całego starego kontynentu, który już teraz ugina się pod ciężarem kryzysu finansowego i który zostanie zepchnięty na odległe pozycje w rankingu liczących się gospodarczo graczy. Prawdę mówiąc, ten motyw wydał mi się ciekawszy niż to, co dla większości krytyków stanowi najważniejszą myśl zawartą w książce, a mianowicie opis relacji międzyludzkich we współczesnym świecie.

„Mapa…” bowiem, to książka o samotności, niemożności, a nawet niechęci wchodzenia bohaterów w głębsze relacje z ludźmi. Jedynym prawdziwym uczuciem jest to istniejące między ojcem a synem, lecz nawet oni nie są w stanie przełamać bariery, żyją gdzieś obok siebie, niezdolni do szczerych rozmów ani nawet oczyszczających kłótni. Relacje głównego bohatera z kobietami również wyprane są z jakichkolwiek głębszych uczuć, nie potrafi on zawalczyć o związek, zadowalając się tym, co jest „tu i teraz”, bez snucia jakichkolwiek planów na przyszłość.

Współczesna sztuka również staje się obiektem krytyki pisarza. Astronomiczne sumy płacone za poszczególne dzieła nie odzwierciedlają w żaden sposób wartości artystycznych, ani nawet mistrzowskiego warsztatu. Sztuka, w ogromnym stopniu skomercjalizowana, zależy od sponsorów, którzy traktują wystawy lub prywatne galerie jak dodatkowy spot reklamowy. Jest inwestycją finansową, rodzajem kosztownej gry w ruletkę dla bogaczy, którzy za kilka lat mogą pomnożyć wydane na nią pieniądze. Rynkiem sztuki, tak jak biznesem, rządzą osobiste koligacje, znajomości, łut szczęścia. 

Tytuł książki nawiązuje do słów Alfreda Korzybskiego, który przeciwstawiał sobie owe dwa terminy, by w ten sposób pokazać, że nie należy mylić pojęcia, przedstawień pewnych rzeczy z nimi samymi i z ich prawdziwą naturą. Podobnie Houellebecq pokazuje, że nie należy brać za sens sztuki oraz życia tego, co jest tylko – może i kolorową i kuszącą – ale jednak tylko namiastką.

Podsumowując: „Mapa i terytorium” to gorzka refleksja nad współczesnością, relacjami międzyludzkimi, które coraz częściej pozbawione są prawdziwych uczuć. Jest to również próba opisania zmian zachodzących na arenie międzynarodowej, z punktu widzenia Europejczyka, który musi pogodzić się ze swoją straconą pozycją. Ale, przede wszystkim, jest to po prostu dobra literatura, którą każdemu serdecznie polecam. Z drugiej strony, może Houellebecq nie ma racji, gdy w tak negatywny sposób wypowiada się o współczesnym świecie. Dopóki powstają tak dobre książki, możemy być spokojni o los nasz i całej naszej kultury.
Ciekawostka – wśród podziękowań, obok komendanta policji, którego uwagi pomogły pisarzowi w wątku „kryminalnym”, znalazła się m.in. Wikipedia i jej autorzy – ot, znak czasów.

Ocena: 4,5/5

Dlaczego, po tak czołobitnej recenzji nie przyznaję najwyższej noty? Już dawno ustaliłam, że 5 jest zarezerwowane dla książek „życio-zmieniaczy”, ta zaś, mimo całej swojej wspaniałości, nią nie jest.

On:

W swojej recenzji dużo miejsca poświęcę polemice z przedmówczynią, choć nie omieszkam podzielić się również własnymi przemyśleniami. Houellebecq – „Mapa i terytorium” jest moją pierwszą książką tego autora – nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, a tego właśnie się po nim spodziewałem, biorąc pod uwagę sławę, jaką się cieszy oraz opinie znajomych, którzy go czytali i z których zdaniem się liczę. Z pewnością jest on mistrzem stylu, ale treść zawarta w utworze jest dla mnie dość miałka i nie przedstawia zbyt dużej wartości. „Świat ponowoczesny” jest dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Nie wydaje mi się, żeby istota ludzkiego bytu, wraz z rozwojem cywilizacji jakoś drastycznie się zmieniała. Nawiązując do tytułu książki, byłbym skłonny powiedzieć, że zmienia się bardziej mapa, a terytorium pozostaje takie, jakim było zawsze.

Houellebecqa faktycznie czyta się bardzo dobrze. Każde zdanie jest technicznie dopracowane do perfekcji i dobrze przemyślane. Autor trochę przesadza ze średnikami, przez co niekiedy na jednej stronie mieści się cztery czy pięć zdań. Przypomina mi to trochę manierę charakterystyczną dla wielu niemieckich filozofów, chociaż oczywiście ich teksty są dużo trudniejsze w odbiorze i trzeba się przez nie niekiedy „przedzierać”, aby dotrzeć do treści (Houellebecq jest oczywiście bardzo przystępny w odbiorze). Moje uwagi krytyczne odnośnie stylu są już jednak bardziej „czepianiem się” niż krytyką.

Moja przedmówczyni zgodziła się z houellebecqowską wizją przyszłości, w której Europa stanie się skansenem. Tego typu opinie można spotkać dość często, jednak ja zapatruję się na te kwestie nieco inaczej. Wydaje mi się, że żadne kryzysy nie są w stanie zniszczyć dobrobytu Europy Zachodniej, no może poza konfliktem zbrojnym, na który się nie zanosi. „Reszta świata” może nas wkrótce dogonić (przegonić?), ale wątpię, żeby za sto lat naszym potomkom żyło się na europejskiej ziemi źle. Nawet, jeśli zostanie nam tylko historia i kultura, to i tak nie zaznamy biedy, takiej, jaka obecnie panuje w tak zwanym trzecim świecie. O kryzysie Europy pisano już w antyku, a ona nadal ma się bardzo dobrze.

Houellebecq opisuje świat, który zdecydowanej większości Polaków, w tym również mi, jest zupełnie obcy. Francuska bohema, bajecznie bogaci miłośnicy sztuki czy nawet wyższa klasa średnia w wersji zachodnioeuropejskiej, z których to środowisk wywodzi się większość bohaterów książki, to grupy społeczne, o których nie wiem nic, poza tym, co mogę przeczytać w gazetach. No i oczywiście w książkach. Trudno mi więc ocenić, czy diagnoza pisarza jest tutaj naprawdę trafna. Krytycy piszą, że tak, ja nie jestem w stanie się do tego ustosunkować.
 
Jed Martin wydaje mi się postacią sztuczną. Jego „braku uczuć” nie da się do końca wyjaśnić. Z pewnością miała na to wpływ sytuacja w jego domu rodzinnym (ojciec introwertyk i matka samobójczyni). Zapewne również świat, w którym przyszło mu żyć odcisnął piętno na jego emocjonalności, ale nawet oba te argumenty razem wzięte jakoś mnie nie przekonują. Postać Jeda, w moich oczach, jest więc trochę sztuczna. Domyślam się, że Houellebecq chciał przedstawić go jako symbol całego „ponowoczesnego” pokolenia, ale skoro on sam jest nie do końca autentyczny, to również teza o istnieniu pokolenia o takich cechach jest mało wiarygodna.

Jedyną postacią z krwi i kości (nie licząc postaci epizodycznych), która pojawia się w „Mapie…” jest sam Houellebecq. Trzeba przyznać, że autor w bardzo ciekawy i autoironiczny sposób przemianował siebie samego na bohatera swojego utworu. Jed jest w pewien sposób zafascynowany (jeśli człowiek pozbawiony uczuć może taki być) ekscentrycznym pisarzem. Próbuje się z nim zaprzyjaźnić. Autor chciał zapewne pokazać, że główny bohater w ten sposób szuka kontaktu z prawdziwym światem. Ten wątek wydaje mi się trochę banalny.

„Mapa…” z pewnością nie jest książką słabą. Czegoś mi w niej jednak brakuje. Może nie jest to utwór o niczym, ale ja do końca nie wyłapałem, o czym on jest naprawdę. Wynika to zapewne z mojego sceptycyzmu odnośnie pojęć takich jak „świat ponowoczesny” czy „upadek kondycji ludzkiej”. Najprawdopodobniej dlatego właśnie uciekło mi gdzieś ważne przesłanie utworu, które w przypadku tego typu książek po prostu musi być obecne. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że polecam czytelnikom tę książkę, ale nie mogę też stwierdzić, że jej nie polecam. Osobiście nie żałuję, że ją przeczytałem, ale z pewnością drugi raz po nią nie sięgnę. Za największą wartość uważam umiejętności pisarskie Houellebecqa, które chyba nie podlegają dyskusji.

Na koniec dodam jeszcze, że bardzo podobały mi się wątki artystyczne w utworze. Kiedy Houellebecq pisał o sztuce, to zawsze czynił to z pewnym pietyzmem. Nawet opisując absurdalne „dzieła”, był zupełnie poważny i drobiazgowy w ich ocenie. Dopiero na sam koniec książki zademonstrował swój osobisty stosunek do „ponowoczesnej” sztuki (a może nawet do sztuki w ogóle?), pisząc o jednym projekcie artystycznym, że stanowi on najbardziej dojrzałą w sztuce zachodniej próbę przedstawienia roślinnego punktu widzenia. Genialne!

Ocena: 3+/5


piątek, 06 stycznia 2012, przeczytawszy

Komentarze
2012/01/06 17:40:23
Zgadzam się z ogólna oceną, ze książka "Mapa i terytorium" nie jest dziełem wybitnym, lecz dobrym. Chociaż jestem chyba bliższa interpretacji "jej" :) (czy istnieje coś takiego jak kobiecy odbiór książki?!). I faktycznie tekst raczej nie "taki zmieniający życie". I ta wszechobecna samotność....
A z "niego" to straszny optymista tudzież euro-entuzjasta :)

Pozdrawiam :)
-
2012/01/06 21:32:07
Ona:
Jedno jest pewne - żyjemy w ciekawych czasach, a skala zmian jakie nas czeka jest trudna do przewidzenia. Co do "kobiecego odbioru książki" - możliwe, że coś jest na rzeczy, ale raczej nie w przypadku tej pozycji. Z resztą, ludzi można podzielić na wiele kategorii, a płeć jest tylko jedną z nich ;)

On:
Za euro-entuzjastę się nie uważam, ale trudno nie zauważyć, że Europejczycy z Zachodu zawsze potrafili radzić sobie w trudnych sytuacjach (np. Niemcy, którzy po wojnie odbudowali się na tyle, że obecnie są w absolutnej światowej czołówce pod względem gospodarczym).

Serdecznie pozdrawiamy!
Wiecej: http://najlepszedodatkinabloga.blox.pl